^Powrót na górę

foto1 foto2 foto3 foto4 foto5


MAŁGORZATA WÓJCIK
z Grabaniny

 Szydełkowaniem Pani Małgorzata zainteresowała się jeszcze w szkole podstawowej. Od tego czasu wykonywała prace dla siebie i jako prezenty dla rodziny. Od 2011 roku, kiedy to poznała podczas targów w Krakowie Panią Jadwigę Węgorek − artystę ludowego, która przekonała ją, że warto promować swoją twórczość, wyrabia je na szerszą skalę. Wśród jej prac znajdują się obrusy, serwetki, ozdoby świąteczne − wielkanocne i bożonarodzeniowe, naszyjniki, kolczyki i ubrania.

Pierwszym ważnym wydarzeniem, mającym wpływ na rozwój kariery Pani Małgorzaty był udział w Międzynarodowym Festiwalu Koronki Klockowej w Bobowej organizowanym pod patronatem Marszałka Województwa Małopolskiego i Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Bobowa jest jednym z nielicznych dziś ośrodków propagujących tradycje związane z koronczarstwem. Na Festiwalu, gdzie istnieje także możliwość udziału w zajęciach warsztatowych, pojawiają się gościnnie koronczarki ze Słowacji, Czech, Belgii, Rosji, Hiszpanii, Francji, Niemiec, Portugalii i Polski.

Pani Małgorzata na zaproszenie wystawiała swoje prace w Galerii Metro na Ursynowie, w Centrum Handlowym Plaza w Rzeszowie, Centrum Handlowym Świt w Tarnowie oraz w Jasielskim i w Krośnieńskim Domu Kultury.

Prawdziwie dostrzeżona została dopiero w ostatnim czasie, kiedy to po wystawie w CH Plaza otrzymała od Departamentu Promocji i Turystyki Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podkarpackiego propozycję przygotowania aniołów bożonarodzeniowych na prezenty promocyjne podczas prezentacji Województwa Podkarpackiego w Brukseli w grudniu 2012 r.

 

TADEUSZ WOKURKA I ZBIGNIEW WOKURKA
z Kątów

 Są ostatnimi kołodziejami w gminie. Kilkanaście lat temu kupili pierwszą bryczkę. Była stara, zniszczona, wymagała gruntownego remontu. Pomyśleli jednak, że w przyszłości można by nią wozić letników, przyjeżdżających na wczasy agroturystyczne.

Początki nie były łatwe, gdyż w Kątach nie pozostał już żaden kołodziej, od którego mogliby się uczyć. Musieli po prostu obejrzeć dokładnie, w jaki sposób zrobiono zakupioną przez nich bryczkę. Wkrótce, na wzór tej pierwszej, odrestaurowanej, powstała kolejna, wykonana już w całości samodzielnie. Teraz Wokurkowie robią jeden pojazd rocznie. Stali się fachowcami w swojej dziedzinie.

Pojazdy robione przez Tadeusza i Zbigniewa Wokurków to prawdziwa sztuka. Nie ma wśród nich dwóch jednakowych egzemplarzy. Wszystko wykonują ręcznie, więc przygotowanie jednego trwa około roku. Samo złożenie koła potrafi zająć kilka dni. Praca właściwie nie wymaga siły, ale jest niezwykle żmudna i precyzyjna. Trzeba mieć do niej zamiłowanie, cierpliwość.

 

JÓZEF WIERDAK
z Nowego Żmigrodu

 W jego rodzinie szklarstwo to już tradycja. Ojciec, Albin Wierdak, uzyskał 1.02.1944 r. uprawnienia czeladnicze w Izbie Rzemieślniczej. Zamordowany po wojnie przez grasującą w okolicy bandę, nie zdążył wtajemniczyć syna w podstawy uprawianego zawodu. W domu pozostał jednak warsztat szklarski, a rodzina musiała z czegoś żyć. Toteż dwunastoletni Józef nie miał wyjścia. Brał odziedziczony po ojcu diament, podstawiał stołek, bo do stołu w pracowni nie mógł jeszcze dosięgnąć, i sam się uczył. Praktyka robiła swoje. Jako szesnastolatek, mimo że nie ukończył żadnych kursów, czuł się już pewnie w tym zawodzie.

Potem dopomógł przypadek. Kiedy w r. szk. 1949/50 ukończył podstawówkę, akurat zaczęto w Nowym Żmigrodzie murować szkolny budynek. Z każdego domu należało się zgłosić do odrobienia dniówek w czynie społecznym. Kierownik budowy załamał ręce, gdy zobaczył szczupłego, niewysokiego chłopaka, który nie nadawał się do ciężkich robót. Nie wierzył, kiedy uczeń pochwalił się, że umie szklić okna. Zażądał, aby mu to pokazał. Próba wypadła tak pomyślnie, że zachwycony majster przyjął go oficjalnie na stałe do pracy w Jasielskim Przedsiębiorstwie Budowlanym. Oszklił cały budynek szkoły podstawowej, wiele obiektów w powiecie jasielskim i gorlickim. Tę współpracę przerwał pobyt w wojsku. Trzeba było też zadbać o formalne wykształcenie. W Jaśle działała Izba Rzemieślnicza, organizująca różnorodne kursy czeladnicze. Na praktykę Józef Wierdak trafił do Jasła, do szklarza Polaka. Jako pracę dyplomową wykonał szklaną ekierkę i akwarium.

21 maja 1959 r. Józef Wierdak otrzymał tytuł czeladnika szklarstwa budowlanego.

 

MIECZYSŁAW BROŻYNA
z Nowego Żmigrodu

 Snycerstwo to ciekawa, ale ciężka praca. Są dni, kiedy drewno „nic nie mówi”. A zdarzają się chwile, że można bez przerwy rzeźbić do rana i nie jest się ani śpiącym, ani zmęczonym. Gdy wyłaniają się pierwsze kontury, pokazuje się postać, to jakby samo drzewo podpowiadało jak je kształtować.

Mieczysław Brożyna zrobił w swoim życiu ok. 50 rzeźb. Są to postacie świątków, ludowych muzykantów, czasami zwierząt. Sporządził również szopkę, w której jest prawie 40 figur. Czasami tworzył płaskorzeźby. Każda z prac jest inna, oryginalna. Nigdy najpierw nie szkicował. Rzeźby powstają z jednego kawałka drewna.

Artysta nigdy nie umiał ocenić swoich rzeźb w domu. Przemawiały dopiero na wystawie, między pracami innych twórców. Pierwszą ekspozycję, w której wziął udział, zorganizował w latach sześćdziesiątych PAX. Zaczął odnosić sukcesy: wyróżnienie za wzięcie udziału w konkursie Dziecko w Rzeźbie Ludowej (1979 r.), wyróżnienie w I, II i IV Biennale Sztuki Ludowej (1983 r., 1987 r., 1991 r.). Otrzymał też wyróżnienie oraz list gratulacyjny od dyrektora Wydziału Kultury i Sztuki UW w Krośnie za udział w finale III Wojewódzkiego Przeglądu Twórczości Kulturalnej Gminnych Ośrodków Kultury Województwa Krośnieńskiego. Najbardziej ceni jednak zajęcie IV miejsca w konkursie Współczesna Rzeźba Ludowa Karpat Polskich (1987 r.). Brało w nim udział 209 uczestników z Polski południowej i południowo-wschodniej, a jury stanowili etnografowie z Warszawy. Potem odbyła się wystawa w skansenie w Nowym Sączu. Bardzo lubi swoje rzeźby. Mówi, że kiedy czasami sprzedawał je do muzeów, czuł, jakby się rozstawał z własnymi dziećmi.

 

BOGUSŁAW POPEK
z Kątów

 Uprawia niezwykłą, unikatową w skali kraju, profesję. Jest członkiem Bractwa Rycerskiego Ziemi Sanockiej, jednym z zaledwie trzech polskich wytwórców łuków. Od najwcześniejszego dzieciństwa łuki były jego pasją. Poza klubami sportowymi taki sprzęt był całkowicie niedostępny, więc zaczął je sam strugać – najpierw zwykłe kije, potem coraz bardziej przemyślane konstrukcje. Kiedy miał 17 lat, zrobił pierwszy, naprawdę dobry, drewniany łuk. O wiele później dowiedział się, że mimowolnie udała mu się replika średniowiecznego łuku angielskiego, identyczna zarówno pod względem użytego materiału (jesion), jak i kształtu.

Do robienia łuków potrzebna jest wytrwałość, pasja i prawdziwe zamiłowanie. Trzeba naprawdę wykonać mnóstwo egzemplarzy, zanim powstanie pierwszy dobry. Bogusław Popek uczył się na własnych błędach. To zajęcie sprawiało mu jednak ogromną przyjemność.

 

FLORIAN SZOSTAK
z Nowego Żmigrodu

Jest jednym z ostatnich prawdziwych kowali. Po skończeniu szkoły podstawowej poszedł do terminu. Miał 14 lat, kiedy trafił do kowala Trzeciaka, który prowadził kuźnię w Zarzeczu. Pracował bardzo ciężko. Trzeba było od rana do wieczora tkwić w kuźni, mimo upału. Machanie młotem wymagało sporej siły, a praca była niebezpieczna.

Młody praktykant zaczynał od kręcenia miechem. Przy okazji trochę podglądał życie kuźni. W końcu wykonywał pierwszą, podstawową pracę – robił gwóźdź. Kiedy już opanował tę umiejętność, majster dopuszczał go do ognia. Kowal nie pozwolił sobie bowiem, by uczeń zepsuł mu zbyt wiele żelaza. To przecież kosztowało.

U Trzeciaka kuto konne wozy, wykonywano podkowy.Uczeń, który umiał ją zrobić, był już prawdziwym majstrem. Koni kuto dużo. Majster kazał na rozgrzewkę robić po dwie podkowy, które zawieszał gdzieś na zapleczu. Kiedy zjawiał się klient, były już gotowe. Wtedy któryś z uczniów podkuwał konia. W kuźni w Żmigrodzie kuto nawet do 10 koni dziennie. Kowal robił też narzędzia rolnicze: pługi, brony. Kiedy pojawiły się traktory i maszyny rolnicze, zabrakło pracy dla kowali...